Przejdź do treści
The Black
Motyw z Unsplash. To nie mój atrament.
Motyw z Unsplash. To nie mój atrament.

Atrament, który schodzi na palec

· 5 min

Butelka stoi w szufladzie biurka, położona, nie postawiona, bo kiedyś przewróciła się na notes i nauczyłam się pokory. Atrament jest czarny, gęsty, i na etykiecie nie czytam obietnic. Odkręcam korek nad zlewem. Tak kazała mi ostrożność po tamtym notesie. I tak kapie. Jedna kropla siada na skórze przy paznokciu, zanim stalówka dotknie kartki. Patrzę na nią. Jest ciemniejsza niż cokolwiek, co mam w pokoju, łącznie ze ścianą. Korek stawiam na brzegu zlewu gwintem do góry, żeby nie przywarł do mokrej porcelany. Butelkę trzymam nisko, prawie przy stali, i tak mam wrażenie, że kropla celuje w mnie, nie w szkło. Stal zlewu odbija butelkę jako ciemną plamę. Plama drży, kiedy kręcę nadgarstkiem, i to jedyne ostrzeżenie przed kolejną kroplą.

Pióro nabiera wolno. Słyszę, jak powietrze wychodzi, cichy gulgot, i wtedy wiem, że mogę pisać. Na palcu kropla rozlewa się w owal, kiedy odruchowo pocieram go o kciuk. Teraz mam dwa ślady. Jeden mniejszy, suchszy na brzegu. Drugi świeży. Nie biegnę do mydła. Chcę zobaczyć, jak czerń zachowuje się na skórze, nie na papierze. Na papierze jest przewidywalna. Na palcu wchodzi w linie, które i tak mam od aparatu i od kluczy. Linie na palcu są od wczorajszego aparatu, od pierścienia przy statywie, którego nie użyłam. Atrament wchodzi właśnie w te linie i robi z nich rysunek, którego nie planowałam na kartce. Rysunek na palcu nie nadaje się do notesu. Jest za miękki. Zostawiam go na skórze i piszę dalej stalówką, nie skórą.

Zapisuję jedno zdanie o ścianie, to z wczoraj, i linia jest równa tylko przez trzy słowa. Potem atrament łapie włos na stalówce i kreska grubieje. Zostawiam. Nie poprawiam na biało, bo nie mam czym, i nie chcę. Zdanie ma być świadkiem palca, nie czystopisem. Odrywam dłoń od kartki i widzę odbicie: mały stempel przy marginesie, jakby ktoś podpisał tekst ciałem, zanim zdążył podpisem. Włos na stalówce zdejmuję o brzeg kartki, nie palcem, bo palec już ma dość czerni. Kreska po tym jest cieńsza i zdanie znowu da się czytać bez zgadywania liter. Po zdjęciu włosa litera „a” w słowie ściana wreszcie ma brzuch, nie kleks. Czytam zdanie od początku i zostawiam je bez przepisywania.

Przy zlewie puszczam wodę letnią. Atrament nie schodzi od razu. Najpierw brzeg owalu bladnie, środek zostaje. Mydło robi koło szare, potem niebieskawe, choć butelka obiecywała samą czerń. Na skórze czerń nigdy nie jest sama. Wchodzi w róż i w żółć dłoni i wychodzi jako coś pośredniego, co na zdjęciu łatwo wziąć za brud. Jest brudem, jeśli patrzę jak ktoś, kto chce czystych rąk do chleba. Jest zapisem, jeśli patrzę jak ktoś, kto przed chwilą trzymał pióro. Szare koło na dłoni schodzi do końca dopiero przy skórce. Tam zostaje kreska jak pęknięcie. Na chlebie, gdybym teraz kroiła, zostałby ślad, więc chleb poczeka. Chleb leży na desce pod ściereczką. Ściereczka jest jasna. Dobrze, że dłoń jeszcze nie idzie w tamtą stronę.

Wycieram dłoń ścierką, nie ręcznikiem z łazienki, bo ręcznik bym potem oglądała przez tydzień. Na ścierce zostaje kreska. Kładę ją przy oknie. Światło z boku pokazuje, że kreska nie jest płaska: atrament usiadł na włóknach i niektóre są ciemniejsze. To ten sam mechanizm co na ścianie. Bok zdradza powierzchnię. Na wprost zostałby kleks bez historii. Ścierka przy oknie schnie nierówno. Kreska atramentu jest ciemniejsza u dołu, tam gdzie włókno napiło się wodą. Odwracam ją raz, żeby nie odbiła się na blacie. Blat przy oknie ma starą kroplę kawy, nie atramentu. Nie mieszam tych dwóch śladów. Każdy niech schnie u siebie.

Palec po godzinie nadal ma cień przy skórce. Nie zmywam drugi raz. Idę z tym cieniem zrobić herbatę, nie kawę, bo kubek od kawy już stoi suchy. Przy uchwycie czajnika ślad jest widoczny tylko dla mnie. Dla kogoś z boku to pieprzyk albo kurz. Mnie wystarcza. Wiem, które zdanie go zrobiło i że zdanie zostało w notesie, a palec nosi skrót. Jutro skrót zniknie. Notes nie. Dlatego piszę piórem, nawet kiedy połowa atramentu woli skórę od papieru. Cień przy skórce łapię wzrokiem jeszcze przy czajniku, kiedy para idzie w górę i dłoń jest przez chwilę wilgotna. Nie zmywam. Notes leży otwarty i to wystarcza za porządek. Wieczorem skórka będzie czysta albo prawie. Notes i tak zostanie brudny przy marginesie. Taki układ mi pasuje.

Lena Kruk. Fotografka. Pisze o czerni w ubraniu, w kadrze i w pokoju.