Cień pod stołem, nie filtr
Stół w kuchni jest jasny i przez to kłamie, że w tym mieszkaniu nie ma czerni. Czerń jest pod blatem. Noga od strony okna rzuca pas, który kończy się na listwie podłogowej, a drugi pas idzie od krzesła, krótszy, bo krzesło stoi krzywo po śniadaniu. Schodzę z aparatem nisko, prawie na kolano, które jeszcze pamięta nocną kałużę. Nie włączam nic w telefonie, co miałoby dodać nastrój. Nastrój już tu jest. Nazywa się cień i da się go dotknąć dłonią, jeśli położę ją na deskach. Jasny blat odbija okno tak mocno, że przez chwilę patrzę w niego, nie pod niego. Potem schodzę niżej i blat zostaje tylko dachem. Cała czerń, która mnie obchodzi, jest na deskach. Dach z blatu jest jasny jak kartka. Schodzę pod niego właśnie po to, żeby kartka przestała rządzić kuchnią.
Najpierw robię klatkę tak, jak zastaję. Wychodzi bałagan: kabel od czajnika, okruch, cień, który urywa się na okruchu i wygląda na błąd. Okruch zmiataję. Kabla nie chowam, bo czajnik jest w użyciu i udawanie, że kuchnia nie ma kabla, nuży mnie szybciej niż sam kabel. Przesuwam tylko krzesło o szerokość dłoni, tak żeby jego cień nie wchodził w cień nogi. Chcę dwa cienie, nie jeden kleks. Kleks jest łatwy. Dwa cienie mówią, skąd idzie światło. Kabel czajnika robi trzecią linię, cieńszą od cienia nogi. Nie zwijam go w ósemkę. Ósemka byłaby pozowana. Linia jest tym, co zastaję po śniadaniu, i kadr ma to znieść. Linia kabla krzyżuje się z cieniem krzesła w jednym punkcie. Tego punktu nie poprawiam. Jest skutkiem śniadania, nie kompozycją z podręcznika.
Światło idzie z okna, nisko, popołudniowe. Gdybym stanęła i włączyła filtr, który ściemnia rogi, dostałabym atrapę tego, co już leży na podłodze. Atrapa nie ma krawędzi deski. Prawdziwy cień ma. Widać, gdzie farba na listwie jest starta i cień tam jaśnieje, bo drewno pod spodem jest cieplejsze. Zostawiam to. Nie maluję listwy przed zdjęciem. Zdjęcie nie jest wizytą, po której trzeba sprzątnąć mieszkanie do obcych. Starta listwa jest jaśniejsza tylko na szerokość palca. Cień na niej nie urywa się, tylko zmienia ton. To wystarcza, żeby wiedzieć, że podłoga nie jest jedną deską od ściany do ściany. Palec na startej listwie czuje drzazgę, malutką. Nie szlifuję jej przed zdjęciem. Drzazga też jest tonem, tylko ostrzejszym.
Na ekranie cień wychodzi jaśniej, niż widzę. Znowu to samo co ze ścianą i z płaszczem w tramwaju. Matryca boi się czerni i podaje grafit. Nie wojuję z nią suwakiem do końca skali. Schodzę jeszcze niżej i zasłaniam sobą część okna, ciałem, nie presetem. Pas pod stołem gęstnieje. Wchodzę w kadr, wiem o tym, i robię krok w bok, aż mój cień zejdzie z nogi stołu, a zostanie na progu. Próg może mnie mieć. Stół ma mieć swoje. Kiedy zasłaniam okno ciałem, w kuchni robi się od razu ciaśniej i czajnik znika z kąta oka. Stoję tak krótką chwilę. Potem krok w bok i próg bierze moją sylwetkę, a stół zostaje cudzy, czyli swój, ale bez mnie w kadrze. Sylwetka na progu jest szersza niż noga stołu i dobrze, że zeszła na bok. Inaczej zjadłaby oba pasy i zostałby jeden kształt bez kierunku.
Krzesło odstawiam prawie tam, gdzie stało, tylko równo. Cień krzesła skraca się i robi porządek, którego nie planowałam jako ozdoby, tylko jako skutek. Siadam. Piję wodę, nie kawę, bo kubek jest już czysty i nie chcę zaczynać nowego śladu na rancie. Pod stołem, między kolanami, cień jest chłodniejszy niż blat. To da się sprawdzić bez aparatu. Aparat tylko potwierdza, że nie zmyśliłam kierunku. Woda w szklance, nie w kubku, jest przezroczysta i nie dokłada czerni. Piję ją między kolanami, patrząc w pas na podłodze. Smak jest żaden. Chłód deski jest treścią. Szklanka odstawiona na blat łapie okno i na chwilę robi konkurencję cieniowi. Odsuwam ją na bok. Cień ma zostać najciemniejszą rzeczą w kadrze.
Zostawiam jedną klatkę: noga, dwa pasy, starta listwa, kabel jako linia, nie jako wstyd. Jeśli ktoś powie, że za mało czarno, niech przyjdzie po południu i wsunie rękę pod stół. Ręka powie resztę. Filtr zostałby w telefonie i zniknął przy następnym zdjęciu chleba. Cień zostanie, dopóki słońce nie wejdzie wyżej i nie schowa pasa pod blat całkiem. Wtedy kuchnia znowu udaje, że jest tylko jasnym blatem. Ja już wiem, gdzie patrzeć. Po południu, kiedy pas schowa się pod blat, uklęknę jeszcze raz bez aparatu. Jeśli ręka nie znajdzie chłodu, znaczy, że słońce już weszło wyżej i kuchnia znowu udaje sam blat. Sprawdzę to dłonią, nie presetem. Dłoń pod blatem wieczorem trafia już tylko na ciepło deski. Słońce poszło. Udawanie jasnej kuchni wróciło. Jutro, nisko, sprawdzę znowu.
Lena Kruk. Fotografka. Pisze o czerni w ubraniu, w kadrze i w pokoju.