Czarna koszula po praniu
Wyciągam koszulę z bębna jako ostatnią, bo przykleiła się do poszewki. Jest czarna, a po praniu wygląda, jakby ktoś dolał do niej wody z popiołem. Wilgotna czerń zawsze kłamie. Raz jest głębsza, raz spalona. Rozwieszam ją na drzwiach łazienki, nie na suszarce, bo suszarka stoi przy oknie i tam koszula łapie pył z ulicy, zanim wyschnie. Drzwi są gładkie. Rękawy wiszą osobno. Sprawdzam kieszeń. Pusta. Dobrze, bo ostatnio został w niej bilet i po praniu był pulpą. Poszewka, do której przywarła, jest jasna i przez to widać na niej pojedyncze czarne nitki z koszuli. Zbieram je mokrą ręką, zanim wrzucę poszewkę na drzwi obok. Nitki z poszewki zmywam nad wanną, żeby nie zostały na płytkach jak pieprz.
Kiedy schnie, siadam na brzegu wanny i patrzę pod światło z małego okna. Kołnierz ma nitkę, jasną, której nie było rano przed pralką, albo była i mokra czerń ją schowała. Nitka sterczy przy szwie. Nie ciągnę jej zębami. Wezmę nożyczki z szuflady w kuchni, te małe, którymi otwieram też torebki kawy. Czekam, aż koszula przestanie kapać na płytki. Kapie jeszcze dwa razy, w to samo miejsce, i zostawia kropkę, która zaraz zniknie. Płytki są jasne. Dlatego kropkę widać. Na czarnej ścianie w pokoju bym jej nie złapała. Okno w łazience jest mleczne. Światło nie rysuje cienia rękawa ostrym brzegiem, tylko miękką plamą na płytkach. Do oglądania nitki wystarcza. Do zdjęcia wolałabym pokój. Mleczne okno zmiękcza też guziki. Wydają się jaśniejsze niż są. Sprawdzę je w pokoju, przy framudze, nie tutaj.
Sucha koszula jest bliższa tej, którą znam, ale nadal nie ta. Przy mankiecie została siateczka zagnieceń, drobna, jak mapa. Prasuję na stole, po ściągnięciu obrusu, bo obrus jest jasny i boję się, że stopa żelazka zostawi ślad, którego nie wytłumaczę. Żelazko idzie od kołnierza. Para pachnie proszkiem, nie mną. Czerń pod parą na chwilę wraca do wilgotnego kłamstwa, potem stygnie i jest równa. Nitkę obcinam dopiero teraz. Na mokro szew się ciągnie i łatwo zrobić dziurkę, którą potem oglądam przez miesiąc. Obrus zdejmuję zwinięty, nie trzepany, bo na blacie zostają okruchy i nie chcę ich wprasować w kołnierz. Żelazko czekające z boku już syczy. Daję mu chwilę, zanim dotknie szwu. Syk żelazka cichnie, kiedy podnoszę stopę nad kieszenią. Kieszeń ma zamek i nie chcę go wygładzać na płasko.
Zakładam koszulę od razu, jeszcze ciepłą w łopatkach. W lustrze przy drzwiach sprawdzam, czy czerń jest jedną czernią, czy mankiet odstaje jaśniejszym pasem. Odstaje minimalnie, tam gdzie ściągacz. Nie będę prać drugi raz. Drugi raz zrobiłby z kołnierza sztywność, a ja chcę iść w niej na światło, nie na pokaz. Zapinam guziki po kolei. Przy szyi zostawiam jeden, tak jak przy płaszczu, dopóki nie wyjdę na klatkę. W domu jest za ciepło na pełne zapięcie. Łopatki stygną szybciej niż kołnierz. Przy szyi zostaje ciepło jeszcze na klatce i dlatego ten jeden guzik naprawdę zostawiam otwarty, nie dla gestu. Ciepło przy szyi trzyma się jeszcze na schodach. Na ulicy bierze je wiatr i guzik wraca do swojej roboty.
Przy oknie koszula zachowuje się jak ściana: na wprost jest plamą, z boku widać splot. Przejeżdżam palcem po rękawie. Splot jest drobny, równy, i w miejscu łokcia już miększy niż przy ramieniu. To moje, nie pralki. Pralka tylko odświeżyła resztę. Łokieć zostaje łokciem. Lubię wiedzieć, gdzie kończy się pranie, a zaczyna noszenie. Inaczej czarna koszula jest kostiumem, który wkładam, żeby zniknąć. Ja nie chcę znikać. Chcę mieć ciemny rękaw, który da się sfotografować obok jasnej framugi i nadal będzie rękawem. Splot przy łokciu łapię nie tylko palcem. W lustrze, bokiem, widać, że czerń tam jest cieńsza, prawie prześwituje na skórę. To miejsce noszę najdłużej. Pralka go nie wyrówna. Prześwit przy łokciu widać tylko pod światło. Na wprost rękaw jest znowu równy i mogę przestać go poprawiać.
Wieszam pusty wieszak z powrotem na drzwiach łazienki. Koszula idzie ze mną do pokoju. Jeśli usiądę przy biurku, łokieć znowu zapisze się w splocie, zanim dzień się skończy. Nie bronię jej przed tym. Pranie nie jest po to, żeby zatrzymać rzecz w stanie sklepowym. Jest po to, żeby jutro dało się ją włożyć bez wczorajszego obiadu na mankiecie. Resztę, ten jaśniejszy cień po wirowaniu, biorę jako koszt. Za godzinę przy dziennym świetle i tak będę mówić, że jest czarna. I będę miała rację, na oko. Wieszak na drzwiach łazienki skrzypi tak samo jak ten w przedpokoju. Dwa skrzypienia, jedna koszula. Idę z nią do biurka i wiem, że łokieć dopisze się sam, zanim nastawię wodę na później. Przy biurku łokieć ląduje tam, gdzie zawsze, na krawędzi blatu. Splot zapisze ten nawyk sam, bez pralki i bez żelazka.
Lena Kruk. Fotografka. Pisze o czerni w ubraniu, w kadrze i w pokoju.