Przejdź do treści
The Black
Motyw z Unsplash. To nie mój płaszcz.
Motyw z Unsplash. To nie mój płaszcz.

Czarny płaszcz, który nie jest żałobą

· 5 min

W przedpokoju wisi jeden płaszcz i nie trzymam drugiego na okazje. Jest czarny, ciężki, z kołnierzem, który sam się podnosi, kiedy idę pod wiatr od strony torów. Ludzie lubią dopisywać do czerni pogrzeb. Widzą rękaw i już mają minę współczucia, zanim zdążę powiedzieć dzień dobry na klatce. U mnie ten płaszcz nie jedzie na cmentarz. Jedzie na przystanek, czasem tylko do sklepu na rogu, czasem dalej, kiedy chcę zobaczyć, jak mur pije światło po deszczu. Rano bywa mokro nawet wtedy, gdy kalendarz upiera się przy sierpniu. Cienka kurtka od razu przylega do swetra i nic nie daje, więc zostaje w szafie. Haczyk skrzypi, kiedy zdejmuję go rano, i ten dźwięk mówi mi, że dzień już się zaczął, zanim wyjdę na światło.

Wkładam go, zanim wyjdę po kawę, której jeszcze nie ma w kubku, tylko w planie na później. Najpierw lewy rękaw. Potem prawy, ciaśniejszy przy łokciu, bo tam płaszcz układa się po mojemu. Guzik przy szyi zostawiam otwarty, dopóki nie minę klatki. Na schodach jest duszno od cudzego obiadu i od ciepła, które trzyma się poręczy. Na ulicy już nie. Wiatr szuka dziury przy mostku. Płaszcz tę dziurę zamyka lepiej niż szalik, który został na krześle. Nie żegnam nikogo. Idę na tramwaj, a jeśli tramwaj stoi w tunelu, to stoję z nim i liczę krople na rękawie. Na podeście drugiego piętra zatrzymuję się, bo ktoś zostawił wycieraczkę w poprzek, i omijam ją, żeby nie ciągnąć za sobą błota do kieszeni.

W kieszeni jest bilet z wczoraj i klucze, które stukają o siebie, kiedy przyspieszam. Czerń kieszeni jest głębsza niż czerń rękawa, bo tam nie dochodzi światło z latarni. Grzebię po omacku i trafiam na nitkę. Nitka jest jasna, prawie biała, i psuje mi spokój bardziej niż kurz na ramieniu. Wyciągam ją na przystanku. Trzymam chwilę między palcami, żeby zobaczyć, jaka jest cienka. Puszczam. Wiatr bierze ją na tory. Zostaje płaszcz, który z mojej odległości znowu jest jednolity. Z bliska widać szew i miejsce, gdzie podszewka wychodzi przy mankiecie. Nie poprawiam jej przy ludziach. Poprawię w domu, przy lampie. Bilet jest miękki od wilgoci. Nie wyrzucam go do kosza na przystanku, bo kosz jest pełny i wiatr i tak by go oddał.

W tramwaju siadam przy oknie, jeśli jest miejsce przy szybie, a nie przy przejściu. Szyba oddaje mnie od pasa w górę, trochę zielonkawo, trochę krzywo, kiedy wagon skręca. Na zdjęciu, gdybym je teraz zrobiła, płaszcz wyszedłby pewnie szary, bo wagon jest jasny, a światłomierz ciągnie do środka. Na żywo jest czarny. Widzę szew na ramieniu i pas, w którym rękaw lekko się świeci, tam gdzie często ociera się o niego torba. To nie żałoba. To ślad po mojej drodze. Obok ktoś ma jasny płaszcz i co chwilę otrzepuje go dłonią, jakby czerń była błędem, którego da się pozbyć. Ja nie otrzepuję. Krople i tak zejdą na wycieraczkę. Wagon szarpnął na zwrotnicy i rękaw otarł się o siedzenie. Zostanie kreska, którą zobaczę dopiero w domu.

Na przystanku docelowym wiatr jest mocniejszy i kołnierz staje mi przy uchu. Zapinam ten jeden guzik. Od razu jest ciszej, jakbym zamknęła okno, a nie tylko kołnierz. Czerń przy szyi odcina mnie od ulicy bardziej niż słuchawki, których nie wzięłam. Idę wzdłuż muru. Mur jest ciemny od deszczu, prawie jak rękaw, i przez chwilę płaszcz znika na jego tle. Zostają tylko dłonie i pasek torby. Lubię ten moment. Ubranie przestaje być osobą. Jest powierzchnią, która bierze światło albo je oddaje, zależnie od tego, czy chmura akurat puściła słońce. Mur ma fugę jaśniejszą od cegły. Przez trzy kroki idę tak, żeby rękaw ją zasłaniał, jakbym mierzył płaszcz do ściany.

Wracam i wieszam go na tym samym haczyku, zawsze tym samym, bo drugi jest zajęty przez pusty wieszak, którego nie ruszam. Krople z dołu schodzą na wycieraczkę, jedna za drugą, bez pośpiechu. Nie trzepię płaszcza jak dywanu i nie suszę go na kaloryferze, bo potem sztywnieje przy kołnierzu. Zostawiam, niech ocieknie. Jutro będzie taki sam: ciężki, ciemny, gotowy do wyjścia, a nie do ceremonii. Jeśli ktoś na klatce pomyśli, że idę na pogrzeb, to pomyśli. Ja idę po chleb albo patrzeć, jak niskie światło kładzie się na murze. Płaszcz jest do tego narzędziem. Niczym więcej i niczym mniej. Zanim zgaszę światło na korytarzu, sprawdzam, czy kołnierz nie został wywinięty. Zostawiam go tak, jak wisiał.

Lena Kruk. Fotografka. Pisze o czerni w ubraniu, w kadrze i w pokoju.